Stolica Kolumbii to największe miasto w całych Andach i jedno z największych w całej Ameryce Południowej. Leży wyżej niż nasze Rysy, a pogoda potrafi tutaj naprawdę zaskoczyć. Podobno Bogota to miasto deszczu, ale ze względu na wysokość, na jakiej jest położona, nie powinno to dziwić. Poranki były zazwyczaj ciepłe i słoneczne, a po południu robiło się pochmurnie i deszczowo. Nigdy nie wiesz, jak się ubrać, jednego dnia może być zimno, ciepło, mokro i sucho. Czasami ciężko się też oddycha, powietrze jest rzadkie i krótki spacer nie raz przyprawiał nas o zadyszki.
Święta góra Monserate
Brak powietrza odczuliśmy jeszcze bardziej wjeżdżając na wzgórze Monserate. Zarówno teraz, jak i w czasach prekolumbiskich, Monserate było świętym miejscem. Dla katolików dzisiaj to miejsce pielgrzymek i kultu Dziewicy Moreny z Monserate. Dla ludu zamieszkującego te tereny w czasach prekolumbijskich, zwanego Muisca, czczącego boga słońca – Sue, Monserate było “quijicha casa” – “stopa babci” – miejscem, gdzie podczas przesilenia czerwcowego słońce wschodziło idealnie nad górą. Druga “stopa babci” znajdowała się na pobliskim wzgórzu Guadalupe, które przy dobrej pogodzie można dostrzec z Monserate.


I to właśnie głównie widoki przyciągają tutaj turystów. Z punktu widokowego, zaraz obok sanktuarium, znajdującego się na 3152 m n.p.m. rozciąga się niesamowita panorama na cała Bogotę i otaczające ją zielone wzgórza. Dopiero tutaj – na górze – dotarło do nas jak monstrualnie wielkiem miastem jest Bogota. Błyszczące w słońcu szklane wieżowce i kolorowe dachy mniejszych zabudowań ciągnęły się hen, hen po horyzont. Cały ten ogromny obszar zamieszkuje prawie 8 milionów ludzi, podzielonych według poziomu społeczno-ekonomicznego na sześć warstw – bardzo niską, niską, średnio-niską, średnią, średnio-wysoką i wysoką. Niestety, prawie 88% mieszkańców należy do trzech pierwszych grup.

Po drugiej strony Siódemki
Caratera 7 dzieli Bogotę na dwie części – wschodnią i zachodnią. Podobno turyści nie powinni zapuszczać się na na zachód od niej. My przyznamy, że podczas naszego pobytu w Bogocie, mieliśmy też okazje bywać po drugiej stronie siódemki. Na ulicach nie było kokainy, nie byliśmy świadkami gangsterskich porachunkow, nie było tam wybuchów i strzelanin – bo takie można mieć wyobrażenie o Bogocie po naczytaniu się wszystkich blogów, relacji i przewodników. Nie wspominając o hollywoodzkich produkcjach, obrazujących Bogotę i w ogóle Kolumbię. W głowie pewnie niejeden z nas ma bardzo stereotypowy jej obraz. Tam nie jedź – tam Cię zabija, tam ulicami rządzą gangi – a tak naprawdę Kolumbia przeszła już bardzo długa drogę i wiele się zmieniło na lepsze. Nie powiemy, że nie jest to kraj zupełnie bezpieczny, bo wszystkie te historie o przestępczości mają swoje podłoże, ale nie powiemy też, że czuliśmy się w Bogocie w jakikolwiek sposób zagrożeni.

Tymczasem to, co nas najbardziej uderzyło, to skrajne ubóstwo ludzi i skala bezdomności z jaką mierzy się Bogota. Ludzie leżący na kartonach, przykryci strzępami koców – nie wiadomo, czy wciąż żywi. Albo inni – obdarci z godności, nieskrępowanie oddający się publicznie defekacji. Co sprawiło, że ich życie wygląda w taki sposób? Ich wybór? Alkohol? Narkotyki? Jakakolwiek odpowiedź nie byłaby prawdziwa – niezmiernie ciężko się na to patrzyło. Byli też i tacy, którzy ciężką pracą starali się wyrwać z nędzy i mimo, że pełni życzliwości, sprawiali, że czuliśmy się skrępowani samym “posiadaniem” – czy to kamery, aparatu czy telefonu. W ich oczach nie widzieliśmy zazdrości, a jednak głupio było nam wyciągnąć aparat, żeby udokumentować wszystko to, na co właśnie patrzyliśmy – dlatego też większość naszych zdjęć z Bogoty pokazuje tylko to ładniejsze jej oblicze.


I to nie tak, że cała zachodnia część Bogoty żyje w skrajnym ubóstwie. Z okna naszego pierwszego hotelu, zaraz obok warsztatu, gdzie zostawiliśmy motocykle, od samego rana widzieliśmy dzieci ubrane w mundurki idące do szkoły, mieszkańców pobliskich domów wyprowadzających psy, witających się przez ulicę i pytających, jak mija dzień. Dookoła była zieleń, ładne trawniki, przystrzyżone żywopłoty, kwitnące drzewa. Ot, zwykłe osiedle, jakie znamy i z Polski – takich miejsc w Bogocie jest też wiele. Ale na pewno problem bezdomności i ubóstwa jest tutaj gigantyczny i bardziej widoczny niż w innych regionach Kolumbii.





Kolorowe ulice La Candelaria
Jest i druga strona Bogoty – ta, którą znamy z pięknych zdjęć na Instagramie. La Candelaria, czyli najstarsza dzielnica Bogoty, zachwyca postkolonialnymi domami z kolorowymi fasadami, hiszpańskimi balkonami i brukowanymi uliczkami. To miejsce pełne barw, głośne i tętniące życiem. Króluje tutaj artystyczny klimat, a ulice wypełnia street art. Spacerując po La Candelaria, łatwo zrozumieć, dlaczego to właśnie ta część miasta tak często pojawia się na zdjęciach z Bogoty. Każdy zakątek wydaje się mieć własną historię – od murali opowiadających o kulturze i trudnej przeszłości Kolumbii, po małe kawiarnie, galerie sztuki i lokalne sklepiki z pamiątkami ukryte w kolorowych kamienicach.










Podobno Bogotę można kochać albo nienawidzić. Wydaje nam się jednak, że w Bogocie po prostu trzeba zostać trochę więcej czasu, żeby ją zrozumieć i znaleźć swoje ścieżki. Spędziliśmy tutaj ponad tydzień, czekając na nasze motocykle. Spacerowaliśmy uliczkami, obserwowaliśmy ludzi, kilkakrotnie odwiedzaliśmy La Candelarię, byliśmy niejednokrotnie na Plaza de Bolivar, smakowaliśmy przepysznej kolumbijskiej kuchni i popijaliśmy kolorową chichę.




Gdyby ktoś zapytał nas, czy chcemy wrócić do Bogoty, pewnie odpowiedzielibyśmy, że nie. Ale gdyby ten sam ktoś zapytał również, czy źle ją wspominamy, odpowiedź byłaby taka sama – nie. Bogota dla nas pozostanie miastem kontrastów. Miastem, które nie zawsze zachwyca od pierwszego wejrzenia, które czasami przytłacza i zmusza do refleksji, ale jednocześnie potrafi oczarować swoją energią, historią i ludźmi. Nie jest też tylko pięknymi uliczkami La Candelarii, ale nie jest też tylko obrazem biedy i problemów społecznych – to połączenie obu światów i może dlatego zostaje tak długo w pamięci. Bogota nie jest idealna, ale na pewno autentyczności nie można jej odmówić.

Poza zatłoczonymi ulicami Bogoty
Kiedy nasze motocykle znów odpaliły i byliśmy gotowi do dalszej podróży, wystarczyło przejechać kilkanaście kilometrów poza granice Bogoty, by zobaczyć zupełnie inny świat. Gdy naszym oczom ukazały się soczyście zielone pagórki, tonące w niskich, deszczowych chmurach, wiedzieliśmy już, że rozpoczyna się kolejny niesamowity etap naszej podróży – tym razem przez Kolumbię.








