Skip to main content Scroll Top

Kostaryka – Monteverde, Uvita, Puerto Jimenez

Z suchego regionu Guanacaste ruszyliśmy dalej w głąb Kostaryki. Z każdym kilometrem oddalającym nas od wybrzeża krajobraz stopniowo się zmieniał. Zamiast suchej roślinności pojawiły się gęste, soczyście zielone lasy, powietrze stało się chłodniejsze i bardziej wilgotne. Powoli wspinaliśmy się z poziomu morza na coraz większą wysokość, a na horyzoncie zaczęły wyłaniać się łagodne, zielone wzgórza otulone chmurami. To właśnie tam prowadziła nas droga – do zielonego serca Kostaryki.

La Colina Goldmine

Tego dnia nie mieliśmy do przejechania wiele kilometrów, czas nas nie gonił, bo dopiero następnego dnia popołudniu mieliśmy się spotkać z naszą przyjaciółką w Monteverde. Asfalt był niezłej jakości, więc bardzo szybko pokonaliśmy większość trasy w dobrym tempie. Dopiero pod koniec zjechaliśmy na drogę 145 prowadzącą do Monteverde. Od tego momentu jazda stała się bardziej wymagająca – droga zaczęła piąć się w górę i wić licznymi zakrętami. Każdy kolejny kilometr wynagradzały nam jednak malownicze krajobrazy – trasa prowadziła przez zielone wzgórza poprzecinane pastwiskami, a ich zbocza zdobiły kwitnące na intensywnie żółty kolor drzewa lapacho.

Postanowiliśmy, że spędzimy noc na jednym z bardzo polecanych na iOverlanderze campingów – La Colina Goldmine – który okazał się być prawdziwą perełką. Właściciele, sympatyczne starsze małżeństwo, przywitali nas gorącą kawą i domowymi ciasteczkami, zamówili nam wyśmienite tamales od lokalnego sprzedawcy i oprowadzając po swojej posiadłości, opowiadali nam o okolicy, o historii miejsca i ich mieszkańcach. Ich serdeczność i dobroć sprawiły, że pozostali z nami w naszych sercach do dzisiaj. I mimo, że nie wiemy, czy są wciąż właścicielami tego miejsca, bo planowali je sprzedać, to mamy nadzieję, że niezależnie od tego, gdzie dziś są, wciąż cieszą się życiem i zarażają innych swoim ciepłem oraz życzliwością.

Monteverde Forest Hideaway

Do Monteverde Forest Hideaway – miejsca, gdzie tego popołudnia miała do nas dołączyć nasza przyjaciółka, dojechaliśmy wyjątkowo wcześnie. Z poprzedniego campingu La Colina Goldmine, mieliśmy do przejechania zaledwie 30 kilometrów i mimo, że to było najgorsze 30 kilometrów dziurawego asfaltu, jakimi do tej pory mieliśmy okazję jechać, to dystans pozostawał dystansem i po niespełna godzinie jazdy byliśmy na miejscu. Postanowiliśmy odszukać właścicieli – Beth i Manolo, i zapytać się o możliwość zostawienia gdzieś w bezpiecznym miejscu naszych motocykli i możliwość przebrania się, żeby już w nieco lżejszych strojach pozwiedzać okolicę.

Finalnie tego dnia nie poszliśmy zwiedzać okolicy, a spędziliśmy ten czas z Manolo w jego ogrodzie. Chodziliśmy między tropikalnymi roślinami, zatrzymując się co chwilę przy kolejnych drzewach, kwiatach i owocach. Manolo z ogromną pasją opowiadał o tym, co rosło wokół nas – pokazywał kawowce, bananowce, ananasy i inne egzotyczne rośliny i tłumaczył, jak funkcjonuje las mglisty i dlaczego jest jednym z najcenniejszych ekosystemów na świecie. Czas z Manolo minął nam niesamowicie szybko i wkrótce w ogrodzie pokazała się Beth – jego żona, radośnie machając do nas i krzycząc, że w międzyczasie przegotowała nasz domek. Nie zdążyliśmy jeszcze na dobre się rozpakować, kiedy pojawiła się również Madzia. Po tylu miesiącach rozłąki i całych wiekach niewidzenia się mieliśmy sobie tyle do opowiedzenia, że tego wieczoru historie z naszej podróży i jej własnych przygód praktycznie nie miały końca. Póżniej raz jeszcze wpadła do nas Beth, tym razem przynosząc swój słynny bananowy chlebek, który piekła dla każdego swojego gościa – żeby od pierwszych chwil poczuł się jak w domu. Jak sama mówiła – dom powinien pachnieć świeżym chlebem. I rzeczywiście, ten zapach, ciepły kawałek chlebka i życzliwość gospodarzy, sprawiły, że faktycznie poczuliśmy się trochę jak w domu.

Spacer po Monteverde

Manolo okazał się nie tylko świetnym gospodarzem, ale także licencjonowanym przewodnikiem po lasach mglistych Monteverde. Następnego ranka spotkaliśmy się przed wejściem do parku i razem wyruszyliśmy na wędrówkę po lesie mglistym, podczas której dzielił się z nami swoją wiedzą o lasach, lokalnej przyrodzie. Tutaj też spełniło się jedno z naszych małych marzeń – od dawna chcieliśmy zobaczyć bajkowego quetzala. Wydawało nam się, że w Gwatemali, gdzie najliczniej występuje, mamy na to największe szanse, to jednak w Monteverde wypatrzyliśmy go wśród gałęzi i liści po raz pierwszy. I naprawdę – z ciemnoszmaragdowymi piórami i długim ogonem – wyglądał jak z baśni. Były też kolorowe kolibry, które chętnie przylatywały do poidełek, włochate tarantule ukryte w swoich norach w ziemi, gigantyczne patyczaki i małpki skaczące pomiędzy drzewami. I to wszystko dzięki wprawnemu oku Manolo, który wyszukiwał dla nas zwierzęta, których my byśmy pewnie sami nie dostrzegli. Potrafił rozpoznać gatunki ptaków po ich śpiewie, czasami im odpowiadał naśladując ich trele, jakby z nimi prowadził rozmowę. To było niesamowite – i tylko nas utwierdziło, jak niezwykłym i pełnym pasji człowiekiem był Manolo.

Dzięki Manolo zaczęliśmy też dostrzegać, jakim niezwykłym miejscem są lasy mgliste. Wszechobecna mgła i wilgoć, sprawiają, że kwitnie tutaj życie dosłownie na każdej powierzchni. Pnie i konary drzew porastają mchy, grzyby, storczyki, kwitnące bromelie, z koron drzew zwisają liany. Cały las wygląda, jakby był otulony zielenią w najróżniejszych jej odcieniach, a mgła snująca się pomiędzy drzewami i wysokimi paprociami drzewiastymi nadaje temu miejscu niezwykle bajkowego charakteru. Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że właśnie oto spacerujemy po planie filmowym Parku Jurajskiego.

Las mglisty to unikalny typ lasu, który przez cały rok spowijają gęste chmury i mgły. Z powodu wilgoci na każdym kroku rosną tutaj grube warstwy mchów, paprocie i rośliny powietrzne. Te niezwykłe ekosystemy są domem dla wielu rzadkich zwierząt i pokrywają zaledwie około 1% wszystkich lasów na świecie. Jednym z najbardziej znanych miejsc, gdzie można doświadczyć magii lasu mglistego, jest Monteverde w Kostaryce. Lasy Monteverde położone są wysoko w górach  pomiędzy wybrzeżem Pacyfiku a Morzem Karaibskim, i zachwycają niezwykłą różnorodnością biologiczną i wyjątkowym mikroklimatem. To właśnie tutaj powstał jeden z najsłynniejszych obszarów chroniących ten unikalny ekosystem – Rezerwat Lasu Mglistego Monteverde.

Dwa oblicza Kostaryki – Playa Espadilla

Nasz czas w Monteverde dobiegł końca. Choć wcale nie chcieliśmy wyjeżdżać – bardzo spodobało nam się to miejsce, a z jego gospodarzami zdążyliśmy się zaprzyjaźnić – nadszedł czas, by ruszyć dalej. Następnym przystankiem była plaża zaraz obok Parku Manuel Antonio, gdzie mieliśmy rozbić namiot, żeby z samego rana następnego dnia dostać się do parku. Taki był plan, jednak – mimo, że o tym wiedzieliśmy – zupełnie zapomnieliśmy o wcześniejszej rezerwacji biletów i niestety nie udało nam się wejść do parku. Ale dzięki temu mogliśmy leniwie spędzić cały dzień na malowniczej Playa Espadilla.

Długa szeroka plaża z drobniutkim, jasnym piaskiem, turkusową wodą Pacyfiku i zielonymi plamami pochylającymi się nad brzegiem, wyglądała tak jak wyobrażaliśmy sobie rajskie plaże Kostaryki. Wieczorem jednak, kiedy z plaży zniknęli już turyści, a słońce dawno schowało się za horyzontem, zobaczyliśmy zupełnie inne oblicze tego miejsca. Zmęczeni sprzedawcy, którzy przez cały dzień próbowali sprzedać choć kilka pamiątek czy drobiazgów, powoli wracali tam, gdzie czekała na nich codzienność. Uderzyło nas, że ta sama plaża, która dla nas była rajem, dla innych była miejscem, gdzie każdego dnia walczyli o przetrwanie. Niektórzy z nich nawet nie mieli, gdzie wracać – rozpalali na plaży ogniska i dookoła nich rozkładali kartony i pledy, które służyły im za posłanie.

Kiedy rozbijaliśmy namiot tuż obok plaży, poznaliśmy bardzo miłego, starszego mężczyznę. My podzieliliśmy się z nim naszą kolacją i piwem, a on opowiedział nam trochę o swoim życiu. Na co dzień sprzedawał turystom małe wiatraczki na baterie, w dobry dzień udawało mu się zarobić około dwóch dolarów. Dwa dolary. Kiedy burger z frytkami w knajpce obok kosztował dwadzieścia pięć… Przy takich dochodach myślał tylko o przeżyciu – kupieniu sobie jedzenia i w zasadzie tyle. Na noc nie wracał do domu – jego miejscem do spania była ławka, na której właśnie we troje siedzieliśmy, rozmawiając tego wieczoru. Mówił nam, że turyści są jednocześnie wybawieniem i przekleństwem. Wybawieniem, bo chętnie zostawiają w Kostaryce pieniądze. Przekleństwem, bo w pogoni za zyskiem wielu Kostarykańczyków nie zna umiaru, windując ceny do absurdalnego poziomu. W efekcie zwykłych mieszkańców nie stać nierzadko na więcej niż tylko na ryż, a sytuacja jest tym gorsza, im bardziej turystyczne jest miejsce. Zresztą sami byliśmy tego świadkami.

Playa Uvita

Rano nie było śladu ani po naszym wczorajszym towarzyszu rozmów, ani po prowizorycznych domach na plaży. Życie rozpoczynało się tutaj na długo przed wschodem słońca, a kiedy my otworzyliśmy oczy plaża znów wyglądała jak z rajskiej pocztówki. Powoli zaczęliśmy pakować nasze graty, mając cały czas w głowie wczorajszą rozmowę. Byliśmy jednocześnie wdzięczni, że nasze życie wygląda tak chcieliśmy, że mamy możliwość podróżowania, oglądania świata – nawet, jeśli nie zawsze niesie to za sobą tylko piękne widoki. Póżniej dołączyła do nas nasza przyjaciółka – Madzia, która nocowała w hotelu i już razem ruszyliśmy dalej.

Kolejnym naszym przystankiem była Playa Uvita na terenie Narodowego Parku Marino Ballena – pierwszego morskiego parku w Kostaryce. Powstał on tutaj, żeby chronić niezwykłe ekosystemy wybrzeża Pacyfiku – rafy koralowe, lasy namorzynowe oraz bardzo bogaty świat zwierząt. To właśnie od humbaków, które wracają w te okolice każdego roku, wzięła się nazwa – ballena to dosłownie hiszpańska nazwa wieloryba. Spędziliśmy tutaj dwa dni, spacerując po okolicznych niezwykłych plażach, obserwując wschody i zachody słońca.

Playa Uvita to jedna z najbardziej charakterystycznych plaż na kostarykańskim wybrzeżu Pacyfiku. Słynie przede wszystkim z naturalnej piaszczystej mierzei, która podczas odpływu tworzy kształt przypominający ogon wieloryba. To właśnie ten niezwykły fenomen sprawił, że plaża stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w kraju. Niestety i tutaj – jak w większości turystycznych miejsc w Kostaryce – musimy zapłacić za wejście i dodatkowo za parking przed parkiem.

Puerto Jimenez na półwyspie Osa

Puerto Jimenez to malutkie, klimatyczne miasteczko na półwyspie Osa w południowej części Kostaryki, które jest bramą do jednego z najdzikszych regionów Kostaryki – Narodowego Parku Corcovado. Dla wielu to właśnie tutaj zaczyna się przygoda, dla nas jednak Puerto Jimenez nie było początkiem, a miejscem pożegnań. Nasz czas mocno się skurczył, zostało nam tylko kilka dni, żeby dojechać do Panamy. To właśnie tutaj też pożegnaliśmy się z Madzią, która dalej ruszyła w swoja przygodę po Corcovado, a my następnego dnia z rana wróciliśmy do głównej drogi, żeby jeszcze tego samego dnia przekroczyć granicę z Panamą.

Corcovado jest uznawane za jeden z najbardziej różnorodnych biologicznie regionów Kostaryki. Występują tutaj między innymi jaguary, tapiry, pumy, oceloty, małpy, leniwce, ary, tukany oraz setki innych gatunków zwierząt. To jedno z niewielu miejsc w kraju, gdzie istnieje realna szansa na spotkanie dużych drapieżników w ich naturalnym środowisku. Przez park nie prowadzą też żadne asfaltowe drogi, dlatego Corcovado – za względu na ograniczoną dostępność –  jest wciąż jednym z najlepiej zachowanych obszarów dzikiej przyrody w całej Ameryce Centralnej.

Panama – końce i początki

Panama była naszą finalną destynacją – końcem jednego etapu i jednocześnie początkiem kolejnego. Przez ostatnie sześć miesięcy przejechaliśmy niemal 8 tysięcy kilometrów, pokonując trasę od Los Angeles przez wszystkie kraje Ameryki Centralnej aż do miejsca, w którym mieliśmy zostawić nasze motocykle. To tutaj kończyła się pierwsza część naszej podróży. Zostawiliśmy nasze motocykle na kilka miesięcy, aby jesienią kolejnego roku je odebrać – tym razem już w Kolumbii.

Panama była dla nas symboliczną granicą między dwoma przygodami. Z jednej strony żegnaliśmy pół roku życia w drodze, tysiące kilometrów, poznanych ludzi i miejsca, które na zawsze zostaną w naszej pamięci. Z drugiej – wracaliśmy do naszych rodzin, wiedząc, że to jeszcze nie koniec, bo wkrótce rozpoczął się kolejny niezwykły etap naszej podróży.

Posty powiązane

Zostaw komentarz

Privacy Preferences
When you visit our website, it may store information through your browser from specific services, usually in form of cookies. Here you can change your privacy preferences. Please note that blocking some types of cookies may impact your experience on our website and the services we offer.