Plan na Kalifornię wydawał się idealny – Yosemite, Sekwoje, Joshua Tree, Dolina Śmierci i słynna Highway 1. Rzeczywistość szybko go jednak zweryfikowała. Huragan Hilary zniszczył infrastrukturę Doliny Śmierci, osuwiska odcięły fragmenty Pacific Coast Highway, a pierwszy śnieg na północy stanu pokrzyżował nasze plany odwiedzenia Yosemite i Parku Sekwoi. Zamiast przemierzyć całą Kalifornię, zostaliśmy na jej południu. I choć początkowo czuliśmy się nieco zrezygnowani, szybko okazało się, że czas spędzony w skąpanym w słońcu południowym zakątku stanu przyniósł nam równie wiele niezapomnianych wrażeń.

Joshua Tree Park – oko w oko z pustynią
Joshua Tree Park mieliśmy w głowie już od dawna. Tak naprawdę odkąd zobaczyliśmy za pierwszym razem rozłożyste drzewa Jozuego, rosnące pojedynczo na pustyni Mojave przy drodze do Los Angeles kilka lat wcześniej wiedzieliśmy, że musimy wrócić. Wtedy nie mieliśmy za dużo czasu, spieszyliśmy się na samolot do Polski. Kiedy w 2024 wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych, Joshua Tree Park był naszą pierwszą destynacją. Spędziliśmy tam wiele niezapomnianych dni, a trochę naszych wspomnień i całkiem sporą garść praktycznych informacji, znajdziecie pod tym linkiem.


Death Valley – najgorętsze miejsce w USA
Wcześniej pisaliśmy o szkodach, jakie spowodowało przejście przez Stany Zjednoczone huraganu Hilary. Dolina Śmierci była przez bardzo długi okres zamknięta i w zasadzie już pogodziliśmy się z myślą, że tym razem nie uda nam się zobaczyć Death Valley. Aż tu nagle, przeczytaliśmy w internecie, że zostały otwarte pierwsze trasy! Co prawda, był to tylko niewielki fragment całej Doliny Śmierci, ale to wystarczyło by pobudzić naszą wyobraźnię, a perspektywa zobaczenia jednego z najbardziej niezwykłych miejsc w Stanach Zjednoczonych sprawiła, że bez chwili wahania zaczęliśmy sprawdzać trasy i mapy.


Kiedy czytaliśmy o Dolinie Śmierci, malowały nam się przed oczami bezkresne pustynne przestrzenie, ożywiane jedynie przez wiatr unoszący tumany kurzu nad porozrzucanymi skałami i uschniętymi krzewami. Tymczasem przywitała nas ona niczym niezmąconą taflą jeziora Badwater Basin, a pożegnała morzem złotych kwiatów pokrywających równiny Panamint Springs. Ten niezwykły krajobraz, który mieliśmy szczęście oglądać, ukształtował ten sam huragan Hilary. Przyniósł ze sobą nie tylko zniszczenie, lecz także życiodajną wodę, dzięki której na pustyni rozkwitło nowe życie.
Historie pewnych zbiegów okoliczności
– Dzień dobry! – głośne powitanie wyrwało nas z zadumy. Akurat staliśmy na czerwonym świetle, gdzieś pomiędzy Las Vegas i Los Angeles. Jechaliśmy na jednym motocyklu, mój Piglet czekał na jakąś brakującą część w warsztacie u Rayana, a my nie chcieliśmy tracić czasu na siedzenie, więc wybraliśmy się na wycieczkę do Las Vegas. Gdyby Basiorek nie miał polskiej rejestracji, to pewnie nie zwrócilibyśmy w ogóle na siebie uwagi. Dzień dobry! – odkrzyknęliśmy i zaczęła się standardowa rozmowa, co tutaj robimy, gdzie jedziemy. Nie trwała długo, światło zmieniło się zaraz na zielone i każde z nas ruszyło w swoją stronę. Było nam miło, później jeszcze chwilkę rozmawialiśmy między sobą, że Polacy w Stanach Zjednoczonych są bardzo serdeczni i życzliwi, ale szybko zapomnieliśmy o całej sytuacji, a nasze głowy zajęły inne myśli.

Dwa dni później z samego rana, na WhatsAppie, dostaliśmy wiadomość z nieznanego numeru o mniej więcej takiej treści: “Cześć z tej strony Zbyszek – poznaliśmy się na skrzyżowaniu. Zapraszam Was do siebie, do mojego domu w Escondido. Moja żona Jola ugotowała dla Was zupę jarzynową. Czekamy!” Minęła chwila, zanim połączyliśmy miłą pogawędkę z Panem z samochodu z wiadomością, którą właśnie przeczytaliśmy. Ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby znaleźć nasz numer w internecie! – Niesamowite! Ale, gdzie u licha jest Escondido? – zastanawialiśmy się, wciąż nie mogąc uwierzyć. I to jeszcze z jakim wyczuciem czasu, bo akurat byliśmy niemalże już spakowani i gotowi do dalszej drogi. Znaleźliśmy na mapie Escondido i co się okazało? No jest po drodze do Anza Borego, gdzie chcieliśmy pokręcić się przez kilka najbliższych dni, zanim opuścimy Stany Zjednoczone. Chociaż początkowo jeszcze trochę się ociągaliśmy, tęskno nam już trochę było za naszym namiotem, pustynią i wieczornym ogniskiem, ale uznaliśmy, że los postawił nam Zbyszka na naszej drodze nie bez powodu i musimy go odwiedzić. Chociaż na jedno południe.
Trochę czasu nam jeszcze zeszło na pożegnania z Rayanem i chłopakami z warsztatu – to miała być nasza ostatnia wizyta u nich w tym roku. Z Los Angeles mieliśmy jechać już powoli w stronę granicy z Meksykiem, tak, żeby święta Bożego Narodzenia spędzić gdzieś na plaży. Pomachaliśmy ostatni raz i ruszyliśmy w kierunku autostrady numer 15, która prowadziła bezpośrednio do Escondido.


I tutaj wydarzyło się coś, czego się nie spodziewaliśmy. Było okropnie gorąco, korek na drodze masakryczny, każdy na każdego trąbił, nawet my – na motocyklach – nie byliśmy się wstanie przeciskać pomiędzy samochodami i grzecznie staliśmy. Kątem oka spojrzałam na kokpit motocykla i mój wzrok przyciągnęła, świecąca na czerwono ikonka temperatury silnika. Wpadłam w lekką panikę, bo ze mnie był wciąż motocyklowy świeżak, ale jadący przede mną Szymek mnie uspokoił. Zjechaliśmy na lewe pobocze, na prawe nie byliśmy w stanie się przebić, było oddalone o cztery pasy i pełne stojących samochodów, których kierowcy zupełnie z nami nie chcieli w tamtej chwili współpracować.
Motocykle zawsze się psuą w najmniej odpowiednim momencie
Przyczynę problemu zdiagnozowaliśmy dość szybko – zębatki plastikowego wiatraka chłodzącego silnik, zupełnie zostały zniszczone przez silniczek wiatraka. Nie szło tego ani skleić, ani naprawić. No pech. Szymek rozmawiał z Rayanem, żeby poszukał pasującego do Pigletka wiatraka i po nas przyjechał, bo raczej do Escondido tego wieczora nie dojedziemy. Ja, w tym czasie siedziałam na krawężniku, starając się schować w cieniu stojącego obok Prosiaczka. Kiedy Szymek skończył rozmawiać, usłyszeliśmy w oddali syrenę wozu strażackiego. – Pewnie była jakaś stłuczka i stąd taki korek – pomyślałam. I mieliśmy już zacząć skręcać motocykl i zakładać sakwy, kiedy wóz straży pożarnej zatrzymał się koło nas, a z niego wybiegli strażacy. Nie jestem w stanie nawet opisać teraz naszego zdziwienia, kiedy zaczęli dopytywać się nas, czy wszystko z nami w porządku. My zdziwieni, oni też zdziwieni, bo jakiś kierowca, który prawdopodobnie nas mijał, zadzwonił pod numer alarmowy, zgłaszając wypadek dwóch motocyklistów, z których jeden leżał na drodze… Tym leżącym, domyślam się, że najpewniej byłam ja – siedząca na krawężniku. Strażacy widząc, że to jakieś wielkie nieporozumienie, odwołali resztę służb ratunkowych. Później zablokowali całą autostradę, stawiając wóz strażacki w poprzek drogi i pomogli nam przepchać motocykl na drugą stronę pobocza, gdzie bylibyśmy bardziej bezpieczni. Jeszcze kilka razy dopytywali się, czy nie mają z nami poczekać na lawetę, ale w końcu uspokojeni, że zaraz ktoś po nas przyjedzie, odjechali.

No i tak mogłaby się skończyć ta historia, ale po strażakach, przyjechała do nas jeszcze policja, która podobnie jak wcześniej strażacy, dopytywała się kilkakrotnie, czy nie chcemy, żeby z nami poczekali. Po policji przyjechała jeszcze laweta, chłopaki zaproponowali nam, że odholują nas chociaż do zjazdu z autostrady, ale zapewniliśmy ich, że zaraz nasz znajomy tutaj będzie. Odjechali, kiedy nasz znajomy przyjechał, a my znów wylądowaliśmy w warsztacie u Rayana.
Escondido, La Jolla i San Diego
Siedząc w cieplutkim jacuzzi, opowiadaliśmy Zbyszkowi i Joli historię długiej drogi do nich, bo w końcu, pod dwóch dniach spędzonych u Raynana, udało nam się dojechać do Escondido. Niestety na zupę jarzynową już się nie załapaliśmy, ale Jola przygotowała nam za to pyszne krewetki. Dawno takich luksusów nie zaznaliśmy – ktoś dla nas przygotował posiłek, dostaliśmy sypialnię z wielkim łóżkiem, a teraz wygrzewaliśmy się w cieplutkim jacuzzi z panoramą na całe miasto. Dom Zbyszka i Joli był naprawdę przepiękny i jeszcze piękniej położony, a jego właściciele – no cóż – ludzie o wielkich sercach. Spędziliśmy cudownie wieczór, a za namową gospodarzy – zostaliśmy jeszcze jeden dzień, bo nie mogliśmy wyjechać bez zobaczenia La Jolla i San Diego. Szczerze mówiąc, to wcale nie mieliśmy ochoty znów wjeżdżać do dużego miasta, ale Jola tak przekonująco opowiadała o San Diego, że w końcu jej ulegliśmy i następnego dnia z samego rana, wyruszyliśmy na krótką przejażdżkę po okolicy.


A jak San Diego? – zapytacie. San Diego faktycznie nie należało do typowych amerykańskich miast, pełnych pędzących gdzieś ludzi, hałasu klaksonów i kolorowych neonów. Co prawda do tej pory w niewielu takich miejscach byliśmy, ale porównując je z Los Angeles, znaleźliśmy tutaj przestrzeń i zieleń drzew, która łączyła się z architekturą w spójną całość. Przede wszystkim jednak odnaleźliśmy tu odrobinę wytchnienia – coś rzadkiego w wielkich amerykańskich aglomeracjach.
Cieszyliśmy się, że daliśmy się namówić Zbyszkowi i Joli na pozostanie u nich jeszcze jeden dzień i na tę wycieczkę. Jednak, mimo całego piękna miasta to właśnie plaże San Diego i wysokie klify ciągnące się wzdłuż wybrzeża zrobiły na nas największe wrażenie. Znów poczuliśmy się jak na Islandii, gdzie wody oceanu kształtują surowe oblicza skał, wiatr niesie sól, a wrzask mew jest głośniejszy niż myśli. Żałowaliśmy, że nie możemy zostać tu na zachód słońca. Pozostał nam jedynie spacer brzegiem, wśród zatoczek, skalnych półek i występów, gdzie mieliśmy okazję obserwować foki, lwy morskie, kormorany, pelikany i mewy. I tak minęło nam popołudnie. Musieliśmy się zbierać, żeby przed zmrokiem wrócić do Escondido. A następnego dnia znów czekała nas droga.

Anza Borrego i Aqua Caliente
Anza-Borrego, do której w końcu udało nam się dotrzeć, jest częścią pustyni Sonora – tej samej, której fragmenty mieliśmy już okazję zobaczyć, podróżując przez Park Narodowy Joshua Tree. Jednak Anza-Borrego w niczym nie przypomina Joshua Tree. Próżno tu szukać drzew Jozuego, a roślinność wydaje się jeszcze bardziej skąpa i wyschnięta. Na horyzoncie nie widać żadnych charakterystycznych formacji skalnych – wszędzie rozciągają się jedynie suche równiny, zamknięte w ramie odległych gór otaczających pustynię. Mogłoby się wydawać, że niewiele się tu dzieje. A jednak.
Kiedy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, niebo przybrało niezwykłe odcienie różu i delikatnego fioletu. Siedzieliśmy przy namiocie, zupełnie zauroczeni, wsłuchani w ciszę, którą przerywały jedynie nawołujące się w oddali kojoty. Czasem ich szczekanie narastało i wtedy wiedzieliśmy, że są bardzo blisko, choć nigdy nie udało nam się ich dostrzec. Były jak duchy pustyni – obecne gdzieś w cieniu, obserwujące nas z dystansu.





Poranki na pustyniach zawsze wyglądają podobnie. Zanim słońce wstanie na dobre i zaleje ziemię bezlitosnym gorącem, słychać jeszcze cichą symfonię natury. Coś drapie, coś szeleści, gdzieś w oddali coś zawodzi. Potem wszystko nagle cichnie i wiemy już, że to moment, żeby wygrzebać się z namiotu, zanim stanie się w nim niemiłosiernie gorąco. Na pustyni życie toczy się nocą. My jednak wstajemy po wschodzie, jemy śniadanie, wbijamy się w motocyklowe ciuchy, odpalamy maszyny i ruszamy w drogę w trzydziestostopniowym upale, smażąc się w pełnym słońcu. Czasem tylko wiatr przynosi odrobinę chłodniejszego powietrza.
A jednak wciąż wracamy w takie miejsca jak Anza-Borrego. Ktoś mógłby zapytać: po co się tak męczyć? Przecież można wybrać łatwiejsze, bardziej komfortowe trasy. Dla nas jednak pustynia ma w sobie coś, co przyciąga – trudną do wytłumaczenia magię. Jest w tym też satysfakcja – kiedy po całym dniu ściągamy buty, stawiamy stopy w chłodnym piasku, rozpalamy ognisko, a nocą patrzymy w niebo skrzące się milionami gwiazd. To był jeden z ostatnich takich campingów podczas tej podróży. Cieszyliśmy się na myśl o nowych przygodach – przed nami znów był Meksyk i cała trasa aż do Panamy. Z drugiej strony przeciągaliśmy ten poranek, bo wiedzieliśmy, że takiej swobody jak w Stanach Zjednoczonych długo już nie poczujemy.

Zanim jednak na dobre opuściliśmy Anza Borrego, mieliśmy jeszcze jeden punkt do zobaczenia. Metalowe rzeźby autorstwa meksykańskiego artysty – Ricardo Breceda. Wyrastające z ziemi ogromne, stalowe konstrukcje, wyglądają niesamowicie. Niemalże, jakby były żywcem wyjęte z jakiegoś postapokaliptycznego filmu. Przerdzewiałe, niechlujnie pospawane, zrobione ze złomu, idealnie komponują się z pustynnym krajobrazem okolicy. Ja szczerze mówiąc, miałam jeszcze nadzieję, że uda nam się zobaczyć gdzieś po drodze żyjące na terenie parku muflony, które zresztą widnieją w logo parku, ale pomimo, że rozglądałam się za nimi od wczoraj, to żadnego nie udało mi się wypatrzyć. Wyjechaliśmy więc z parku i pomknęliśmy w stronę Aqua Caliente.



Już sama droga do Aqua Caliente była przyjemnością. Czarna wstęga, świetnej jakości asfaltu, wiła się delikatnie pomiędzy pagórkami. Pojawiło się więcej roślinności niż na samej pustyni Anza Borrego, krajobraz był nieco bardziej zróżnicowany. Słońce otulało nas ciepłymi promieniami, a my cieszyliśmy się niemalże pustą drogą – byliśmy tylko my i otaczająca nas przyroda. Dzień idealny, którego ukoronowaniem był camping przy gorących źródłach – Aqua Caliente, w których szybko zapomnieliśmy o znojach całego dnia w trasie.
W stronę Meksyku!
Noc tutaj była naszą ostatnią w Kalifornii i w Stanach Zjednoczonych. Z samego rana, nawet jeszcze przed śniadaniem, ruszyliśmy w stronę granicy z Meksykiem w Mexicali. Zatęskniliśmy już za dobrym, meksykańskim jedzeniem, za słońcem, plażami i palmami. Z uśmiechem pożegnaliśmy się ze Stanami Zjednoczonymi i rozpoczęliśmy następny etap naszej podróży przez obydwie Ameryki.









