Skip to main content Scroll Top

Joshua Tree Park – nasze pierwsze spotkanie z pustynią

Joshua Tree Park nie należy do najbardziej popularnych Parków Narodowych w Stanach Zjednoczonych. Daleko mu do wspaniałości Grand Canyon, Monument Valley czy Death Valley. Większość odwiedzających po prostu przez niego przejeżdża, odhaczając kolejne atrakcje znajdujące się przy drodze, biegnącej czarną wstęgą przez pustynne tereny parku. Znajdziemy tutaj wszystko – fantastyczne formacje skalne, wąwozy, ukryte kaniony i tysiące drzew Jozuego. Wśród nich kilka malowniczo położonych campingów, a na jednym z nich spędziliśmy kilka cudownych dni. Ale zanim tam trafiliśmy, czekała na nas niezapomniana droga. Tym bardziej wyjątkowa, że było to moje pierwsze 240 kilometrów na nowym motocyklu, ze świeżo odebranym prawem jazdy w kieszeni.

Joshua Tree Park

Droga z Los Angeles do Joshua Tree Park

Los Angeles pożegnaliśmy z głęboką ulgą. Nie jesteśmy fanami wielkich miast, galopującego w nich życia, wszechobecnego konsumpcjonizmu i niewyobrażalnych korków. Prawdę powiedziawszy, nawet nie byliśmy pod słynnym znakiem Hollywood, nie zobaczyliśmy alei sław i nie odwiedziliśmy Malibu Beach. Czas, który spędzaliśmy w Los Angeles głównie mijał nam na załatwieniu wszystkich formalności związanych z kupnem mojego motocykla, przygotowaniu go do jazdy i przeglądaniu kufrów pełnych naszych starych rupieci, które przyjechały Basiorkiem z Meksyku w zeszłym roku. Resztę czasu spędzaliśmy w warsztacie Ryan’a, genialnego mechanika, od którego naprawdę wiele się nauczyliśmy, ale też wspaniałego człowieka, gromadzącego dookoła swojego warsztatu lokalną społeczność motocyklistów. Spędziliśmy wiele wesołych wieczorów przy ognisku i piwku, poznaliśmy jego rodzinę, przyjaciół, a nawet w pewnym momencie przygarnął nas do siebie, w momencie, gdy czekanie na części do motocykli nieznośnie się wydłużało, obciążając znacznie nasz budżet. Ciężko było się pożegnać, bo przywiązaliśmy się już do niego i jego rodziny, ale motocykle były gotowe, spakowane, a nasze serca tęskniły za drogą.

Plan był prosty – wczesnym rankiem, jak najszybciej wyjechać z Los Angeles zanim jeszcze Miasto Aniołów zacznie tak naprawdę tętnić życiem, omijając później San Bernardino dojechać do Joshua Tree Park na wieczór. Rozważaliśmy jeszcze w międzyczasie dłuższy postój w Palm Springs. Łącznie około 240 kilometrów do przejechania.

Dopóki byliśmy chronieni przez panele akustyczne wzdłuż autostrady i wysokie zabudowania Los Angeles, jazda była spokojna i przewidywalna. Za San Bernardino krajobraz zaczął się zmieniać – panele dźwiękochłonne zniknęły, a zabudowania metropolii ustąpiły miejsca niskim farmom i rozproszonym zabudowaniom pustynnych obrzeży. Właśnie na taki widok czekaliśmy – na otwartą przestrzeń, która rozciąga się bez końca aż po horyzont. Zachwyt nie trwał jednak długo. Gdy tylko wyjechaliśmy na odsłoniętą drogę, wiatr uderzył w bok motocykli z taką siłą, że ledwo utrzymywałam Pigletka na swoim pasie.

Motocykl raz po raz był wytrącany z toru jazdy – raz w lewo, raz w prawo. Czasami wiatr jakby odpuszczał, zmieniał kierunek i na chwilę pchał nas w tę samą stronę, w którą jechaliśmy, dając krótką ulgę od bocznych podmuchów. Szymek radził sobie wyraźnie lepiej, a dla mnie była to solidna szkoła jazdy w trudnych warunkach. Niewiele z tej trasy pamiętam poza nieustającym szumem w kasku i łzami, które wiatr wyciskał z moich oczu, kiedy z powodu wciąż parujących okularów, próbowałam jechać z podniesioną szybką.

Dojechaliśmy do Parku Narodowego Joshua Tree, kiedy słońce niemal całkowicie schowało się już za wzgórzami, malując je intensywnymi, ciepłymi barwami. Wiatr nieco ustąpił w okolicach Yucca Valley, pozwalając nam w pełni rozkoszować się pustynnym krajobrazem w jego wczesnowieczornej odsłonie. Podjechaliśmy pod budkę strażnika parku, żeby kupić Annual Pass i zapytać o dostępne campingi. Okazało się jednak, że wszystkie miejsca są już dawno zajęte i tego wieczoru nie możemy nocować na terenie parku. Nie spodziewaliśmy się tego – przyjechaliśmy specjalnie w czwartek, zakładając, że unikniemy weekendowego tłoku. Nie pozostało nam nic innego, jak szukać noclegu w okolicy i spróbować wjechać do parku następnego ranka. Udało się, ale zanim przejdziemy dalej, musimy wspomnieć o dwóch ważnych kwestiach – wspomnianej już karcie wstępu do parków narodowych oraz campingach w Joshua Tree.

America the Beautiful – karta wstępu do parków narodowych

Każdy, kto opowiadał nam o podróży przez Stany Zjednoczone, wspominał o Annual Pass, czyli America the Beautiful Pass. To karta uprawniająca do wielokrotnego wstępu do wszystkich parków narodowych i terenów rekreacyjnych w USA bez dodatkowych opłat. Niestety nie obejmuje jednak parków stanowych. Jednorazowe wejście do parków narodowych kosztuje zwykle około 25-30$ za osobę lub pojazd, w zależności od miejsca. W naszym przypadku bardziej opłacalna okazała się karta za 80$.

Co ważne, do końca 2023 roku mogły z niej korzystać dwie osoby, wpisane na jedną kartę. Od 2024 roku każda osoba musi posiadać własną, imienną kartę. Karty są niemal zawsze sprawdzane przy wjeździe do parków i często weryfikowane z dokumentem tożsamości, dlatego warto zadbać o czytelny podpis na odwrocie. Kartę można kupić u rangerów przy wjazdach do parków lub w punktach informacyjnych. Dostępna jest również opcja zamówienia online, jednak wówczas należy doliczyć koszty wysyłki. UWAGA! Ceny kart w 2026 drastycznie wzrosły, na chwilę obecną zapłacimy za nią aż 250$!

Campingi na terenie parku i tereny blm

Na terenie parku znajduje się 8 campingów. Część z nich trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, część działa na zasadzie first came – first served. Jumbo Rock, Indian Cove, Black Rock i Cottonwood należą do tej pierwszej grupy. Są one nieczynne poza miesiącami letnimi, gdzie generalnie sam park nie cieszy się ogromną popularnością ze względu na ogromne upały. Miejsce tam można rezerwować na stronie www.recreation.gov. Natomiast Belle, Hidden Valley, Ryan i White Tank to campingi first came first served. Biorąc przykład z nas, albo inaczej, ucząc się na naszych błędach – lepiej pojawić się wcześniej lub skorzystać z możliwości rezerwacji miejsca, niż przyjechać tak jak my i dowiedzieć się wieczorem, że wszystko jest już zajęte.

Joshua Tree Park

Jeśli jednak zdarzy się Wam taka sytuacja, można skorzystać z licznych terenów BLM, które znajdują się dookoła parku. BLM (Bureau of Land Management) to tereny użytku publicznego, gdzie można campingować bez żadnych opłat. Oczywiście trzeba być na to przygotowanym, bo zazwyczaj nie znajdziemy tam wody i toalet, o sklepach nawet nie wspominamy. My finalnie zatrzymaliśmy się na normalnym campingu niedaleko wjazdu do parku i tam spędziliśmy noc.

Wjeżdżamy do Joshua Tree Park!

Postanowiliśmy ruszyć jeszcze przed wschodem słońca, a śniadanie i kawę przyrządzić sobie już na miejscu w parku, kiedy już uda nam się znaleźć miejsce campingowe. Szybko spakowaliśmy nasze graty, zostawiliśmy Panu w skrzynce opłatę za camping, bo wieczorem już nikogo z obsługi nie było i ruszyliśmy w stronę parku.

Minęliśmy zamkniętą jeszcze, ze względu na wczesną porę, budkę rangerów przy wjeździe i wjechaliśmy w świat skał, kaktusów i drzew Jozuego. Byliśmy zupełnie sami na drodze, tylko dźwięk silników naszych motocykli przerywał ciszę. Czarny asfalt wił się delikatnie przez pustynię, odkrywając przed nami kolejne wspaniałe widoki. Po niecałych 20 kilometrach dojechaliśmy do naszego campingu – Hidden Valley.

Zaparkowaliśmy nasze motocykle na pustym parkingu obok i poszliśmy zobaczyć jak wygląda camping. Byliśmy bardzo wcześnie, dlatego nie mieliśmy większych problemów ze znalezieniem wolnego miejsca. Sporo osób powoli pakowało się już w dalszą podróż, zwalniając swoje spoty campingowe. Zajęliśmy jeden z nich, zaraz obok gigantycznej skały, wyrastającej z ziemi niczym monolit. Na spokojnie zaparzyliśmy sobie kawę i z zachwytem podziwialiśmy słonce, zalewające dolinę ciepłymi promieniami słonecznymi.

Joshua Tree Park

W Joshua Tree Park spędziliśmy kilka dni. Część przeznaczyliśmy na leniwe łażenie po okolicznych szlakach, których jest naprawdę bardzo dużo. Chociaż jeszcze więcej zabawy będą mieli miłośnicy wspinaczek, bo Joshua to prawdziwa mekka dla wspinaczy. Część spędziliśmy na motocyklach, eksplorując okoliczne tereny i odkrywając zupełnie nam obce krajobrazy. Nie będziemy jednak opisywać krok po kroku, jak zwiedzić cały park. Takich przewodników znajdziecie w internecie całe mnóstwo. Zamiast tego chcemy pokazać Wam kilka miejsc, które zrobiły na nas największe wrażenie i które najdłużej pozostały w naszej pamięci. To właśnie one sprawiły, że Joshua Tree stało się dla nas czymś więcej niż tylko kolejnym punktem na mapie podróży.

PIONEERTOWN – jesteśmy na dzikim zachodzie

– Chyba zima przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy – pomyślałam, wychodząc zmarznięta z namiotu. Nie spaliśmy tej nocy najlepiej. Mimo ciepłych śpiworów i dobrych mat, które teoretycznie powinny zapewnić komfort, było nam wyraźnie zimno. Przy kawie, która choć na chwilę rozgrzała nas od środka, postanowiliśmy podjechać do Walmartu i poszukać dodatkowych wkładek do śpiworów albo koców. Sklepy tej sieci zazwyczaj są dobrze zaopatrzone w sprzęt campingowy, więc mieliśmy nadzieję, że coś znajdziemy. Brakowało nam też wody i internetu, żeby skontaktować się z rodziną, więc wyjazd z parku i tak był konieczny. Ustawiliśmy nawigację na Starbucks, gdzie mogliśmy liczyć na Wi-Fi, i ruszyliśmy w stronę miasta. Słońce zdążyło już wyjść zza łagodnych pagórków. Obejmując nas swoimi ciepłymi ramionami, sprawiło, że szybko zapomnieliśmy o chłodzie i nieprzespanej nocy. Znowu zaczęliśmy cieszyć się drogą, porankiem i otaczającymi nas krajobrazami.

Chwilę później byliśmy już w mieście, które dopiero budziło się do życia. Na drogach zaczął się poranny ruch – ludzie jechali do pracy, a dzieci czekały na żółte szkolne autobusy. Gdy w oddali dostrzegliśmy zielone logo Starbucksa, wiedzieliśmy już, gdzie skręcić. Przy kawie, korzystając z internetu, zadzwoniliśmy do rodzin, a ledwie zdążyliśmy się rozłączyć, zza naszych pleców dobiegło głośne: „dzień dobry!” z charakterystycznym dla Polaków mieszkających w USA akcentem. Nie powinno to dziwić, bo Polonia w Stanach jest duża, a jednak byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Pani, która mieszkała w okolicy od kilkunastu lat, opowiedziała nam o niej, podsuwając kilka pomysłów, co warto zobaczyć poza parkiem. W ten sposób, po zakupach w Walmartcie, gdzie ostatecznie zaopatrzyliśmy się w budżetowe kocyki, ruszyliśmy w stronę małego miasteczka rodem z westernów – Pioneerstown.

Pioneertown zostało założone w 1947 roku, w rok później kiedy to główny pomysłodawca – Dick Curtis, podzielił się swoim marzeniem o “żywym planie filmowym”. Wkrótce siedemnastu inwestorów zainwestowało po 500 dolarów i założyło spółkę. Firma następnie zakupiła 32 tysiące akrów ziemi, na której powstało Pioneertown. Cel Dicka Curtisa był prosty i wyjątkowy jednoczenie. Chciał stworzyć miejsce, w którym mogliby pracować i bawić się z przyjaciółmi, rodziną i współpracownikami. Tematyczne miasto z lat 80 XIX wieku, miało służyć zarówno jako miejsce kręcenia filmów, jak i być miejscem odpoczynku dla ludzi z pobliskiego z Los Angeles. Początkowo wszystko szło w dobrą stronę, wybudowano w pełni funkcjonujące miasto, przyciągające coraz więcej ludzi, ale wraz z rozgłosem przyszli i duzi przedsiębiorcy i ich pieniądze. Cele społeczne zeszły na dalszy plan i kiedy już Dick Curtis myślał, że jego marzenie blednie, zupełnie przypadkowo w mieście pojawił się producent filmowy “The Cisco Kid” – Philip N. Krasne.  Pioneerstown tak mu się spodobało, że wynajął je na 25 lat, co przyczyniło się do ponownego zainteresowania samym miastem i doprowadziło do jego rozkwitu.

O tym wszystkim dowiedzieliśmy się z muzeum znajdującego się na terenie miasteczka. Pioneerstown jest naprawdę malutkie, składa się z jednej ulicy, wzdłuż której stoją budynki w westernowym klimacie. Ale ta jedna ulica wystarczyła, żebyśmy mogli poczuć prawdziwego ducha dzikiego zachodu. Pospacerowaliśmy trochę, ale skwar zaczął nam za bardzo dokuczać, dlatego wróciliśmy do motocykli i z ulgą pomknęliśmy czarnymi wstęgami, pięknych amerykańskich dróg.

Zwiedzamy Joshua Tree Park – Szlak Hidden Valley Nature Trial

Tego dnia od wczesnych godzin porannych nasz camping tętnił życiem. Z oddali słychać było rozmowy i śmiechy – wszystko za sprawą kawy, którą rangerzy parku przywieźli dla wszystkich obozowiczów. Ten miły mini-event nazywał się „Climber Coffee” i choć był skierowany głównie do wspinaczy, zaproszeni byli wszyscy, więc nie omieszkaliśmy zabrać naszych kubków, które wypełniliśmy porcją wyśmienitej kawy z mlekiem. Przy okazji poznaliśmy jednego z rangerów, którego dopytaliśmy o okoliczne szlaki piesze. Polecił nam pętlę przez dolinę Hidden Valley, od której zresztą wzięła nazwę miejscówka, na której się zatrzymaliśmy. Pomyśleliśmy, że to niezły pomysł i dzień wolny od motocykli dobrze nam zrobi. Postanowiliśmy poczekać do późnego popołudnia, aż upał nieco zelżeje, bo około 11-12 robiło się już nieznośnie gorąco. Wyruszyliśmy około 16.

Mimo że szlak jest dobrze oznakowany, na samym początku gdzieś zboczyliśmy z trasy i spędziliśmy chwilę, błądząc po pustyni wśród drzew Jozuego i porozrzucanych głazów, zanim udało nam się odnaleźć wejście na Hidden Valley Nature Trail. Ostatecznie jednak się udało. Podążyliśmy kamienistą ścieżką, która stopniowo wznosiła się między wysokimi skałami. Na jej końcu otworzyła się przed nami niewielka dolina porośnięta niską roślinnością – Hidden Valley. Nasz szlak prowadził dalej w głąb, a potem wił się wzdłuż monumentalnych formacji skalnych.

Mniej i bardziej strome ściany przyciągały wspinaczy, którzy mierzyli się z kolejnymi drogami. To podobno właśnie tutaj narodziła się amerykańska miłość do wspinaczki. Również tego dnia, znalazło się kilku śmiałków, próbujących zdobyć kolejne szczyty. Przez pewien czas, z nieukrywanym podziwem, obserwowaliśmy ich zmagania z własnymi słabościami i niemalże razem z nimi odczuwaliśmy ulgę i radość z kolejnej zdobytej skały. Później ruszyliśmy dalej, podążając szlakiem wijącym się przez niezwykłą roślinność pustyni Mojave.

Zwiedzamy Joshua Tree Park – Szlak na Baker Dam

– Spójrz! Wygląda jakbyśmy byli w skalnym ogrodzie! –  innego dnia szliśmy ścieżką pomiędzy skałami na tamę Baker Dam i co chwila miałam nieodparte wrażenie, że ktoś celowo zasadził tutaj te wszystkie rośliny dookoła, tworząc piękne kompozycje. Skały, krzewy i uschnięte drzewa były tłem dla kaktusów i delikatnych pustynnych kwiatków, które mimo, że skromne to właśnie one tutaj wiodły prym. Zachwycałam się ich delikatnością, ale też siłą, bo niewiele co przeżyje, a co dopiero jeszcze zakwitnie w tak mało sprzyjających warunkach, jakim jest pustynia.

Później zachwyciłam się po raz kolejny, kiedy wdrapaliśmy się na niewielką skałę i naszym oczom ukazała się rozległa panorama. Tak naprawdę to dotarliśmy właśnie do głównego punktu tego szlaku, czyli tamy Baker Dam, ale to otaczający krajobraz bardziej nas oczarował. Setki drzew Jozuego, wyciągające swoje dłonie w stronę zachodzącego słońca, lśniące złotem skały, kaktusy, juki – wszystko wyglądało dla nas tak niesamowicie, tak egzotycznie, że ciężko było się nam oderwać i pójść dalej. Przez moment nawet rozważaliśmy, żeby zostać tutaj na zachód słońca, ale nie chcieliśmy wracać motocyklami po zmroku.

Joshua Tree Park
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park

Zaczęliśmy powoli schodzić kamienistą ścieżką i wkrótce znów znaleźliśmy się w dolinie. Krajobraz wypełniały drzewa Jozuego i potężne juki. Minęliśmy skały ozdobione petroglifami, które – jak się później okazało – nie były prehistoryczną sztuką, lecz efektem wandalizmu. Ekipa Walta Disneya, kręcąc film o kojocie Chico, postanowiła je podkolorować i upiększyć.

Joshua Tree Park
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park

Kiedy słońce na dobre schowało się za skałami, malując niebo purpurą zachodu, byliśmy już przy motocyklach, pakując się do drogi powrotnej na camping. Baker Dam to krótki i przyjemny szlak, którego głównym punktem jest wspomniana tama. Nam przejście zajęło około dwóch godzin, ale głównie dlatego, że często zatrzymywaliśmy się na zdjęcia. Dla sprawnego piechura to raczej około 40 minut. Warto też wybrać się tam późnym popołudniem – ciepłe, miękkie światło nadaje temu miejscu wyjątkowo magiczny klimat.

Motocyklem przez Joshua Tree Park – wśród skał pustyni Mojave i kaktusów pustyni Sonora

Jechaliśmy drogą w stronę Cholla Garden. Byliśmy już mniej więcej w połowie trasy, kiedy krajobraz zaczął zmieniać się niemal na naszych oczach. Nagle zniknęły monumentalne formacje skalne i charakterystyczne drzewa Jozuego, a ich miejsce zajęły niekończące się pola niewielkich, włochatych kaktusów, ciągnące się aż po sam horyzont. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że Joshua Tree to wyjątkowe miejsce, gdzie spotykają się dwie pustynie – Mojave i Kolorado, będąca częścią rozległej pustyni Sonora. Granica między nimi jest zaskakująco wyraźna. Wysoka pustynia Mojave zachwyca skupiskami drzew Jozuego i wyrastającymi z ziemi ogromnymi formacjami skalnymi. Z kolei niżej położona pustynia Kolorado jest surowsza i bardziej jałowa – dominują tu kaktusy, a krajobraz wydaje się bardziej otwarty i bezkresny.

Możliwość obserwowania, jak na stosunkowo niewielkim obszarze zmienia się cały ekosystem, robi ogromne wrażenie. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej jechaliśmy wśród skał i drzew Jozuego, a teraz otaczało nas falujące morze kaktusów. Pustynia po raz kolejny pokazywała nam swoje zupełnie inne oblicze, a my z zachwytem obserwowaliśmy tę niezwykłą przemianę rozgrywającą się tuż przed naszymi oczami.

Kiedy zjechaliśmy z wyżyn pustyni Mojave, zrobiło się wyraźnie cieplej i jeszcze bardziej sucho. Krajobraz zmienił się niemal z kilometra na kilometr. Zniknęły charakterystyczne drzewa Jozuego i monumentalne formacje skalne, a ich miejsce zajęło bezkresne morze kaktusów. Rosły wszędzie – na zboczach wzgórz, przy poboczach dróg i daleko na pustynnej równinie, ciągnąc się aż po linię horyzontu.

Zatrzymaliśmy się przy Cholla Garden, miejscu, gdzie rozpoczyna się krótki szlak prowadzący przez niezwykły ogród kaktusów cholla. Na pierwszy rzut oka wyglądały niemal bajkowo. Podświetlone promieniami słońca sprawiały wrażenie miękkich i puszystych, jakby ktoś obsypał je delikatnym futrem. Mimo swojego niepozornego i wręcz przyjaznego wyglądu, kaktusy cholla potrafią być jednak wyjątkowo zdradliwe. Ich kolce niezwykle łatwo odrywają się od rośliny i błyskawicznie wczepiają w skórę, ubranie czy buty, a ich usuwanie bywa niezłym wyzwaniem.

Joshua Tree Park
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park

Po krótkim, ale niezwykle przyjemnym spacerze po Cholla Garden wróciliśmy do motocykli i ponownie skierowaliśmy się w stronę pustyni Mojave. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć kilka słynnych formacji skalnych, zanim słońce na dobre wzniesie się nad horyzont i zamieni pustynię w rozgrzany piec. Droga prowadziła przez krajobrazy, które mimo upływu czasu wciąż nie przestawały nas zachwycać. W porannym świetle skały mieniły się odcieniami złota, a długie cienie podkreślały ich niesamowite kształty. Co chwilę mieliśmy ochotę zatrzymać się po raz kolejny i po prostu patrzeć.

W głowie jednak towarzyszyła nam jednak świadomość, że to już ostatnie chwile spędzane w Joshua Tree. Po powrocie na camping czekało nas pakowanie, bo następnego ranka planowaliśmy ruszyć dalej, w stronę Arizony. To był nasz ostatni dzień w tym niezwykłym parku – miejscu, które przez kilka dni zdążyło oczarować nas surowym pięknem pustyni, monumentalnymi skałami i niepowtarzalnym spokojem.

Joshua Tree Park
Joshua Tree Park

Co warto wiedzieć o Joshua tree Park?

  • My w Joshua Tree Park byliśmy w okresie późnojesiennym. W dzień było dla nas wciąż za ciepło i chowaliśmy się w ciągu dnia przed słońcem. Kiedy tylko słońce zachodziło, robiło się momentalnie bardzo zimno, a nocy temperatura spadała nawet poniżej 0. Z tego co wiemy, najlepszą porą na odwiedzenie Joshua Tree Park jest wiosna, kiedy to temperatury są najbardziej optymalne, a pustynia zamienia się w jeden wielki, kwitnący ogród. Lato w Joshua Tree Park bywa potwornie gorące, temperatura dochodzi do 40, a znowu zimną znowu spada do 15, chociaż potrafi też spaść śnieg. Tak naprawdę, odpowiednio przygotowani, jesteśmy w stanie cieszyć się parkiem przez cały rok.
  • W Joshua Tree Park potrafi też być bardzo tłoczno. Nie pisaliśmy o tym, bo rzadko jeździliśmy w ciągu dnia. Zazwyczaj na wycieczki zbieraliśmy się bardzo wcześnie rano albo dość późnym popołudniem, kiedy już większość turystów zdążyła opuścić park.
  • Miejsca campingowe znikają bardzo szybko. Podobno w wysokim sezonie, trzeba je rezerwować z przynajmniej 2-tygodniowym wyprzedzeniem. Ze względu na bogactwo skał wspinaczkowych, większą popularnością cieszą się te campingi, które są położone na pustyni Mojave. Wydaje nam się też, że są lepsze z punktu widzenia logistycznego – bliżej do miasta, gdzie znajdziemy wodę i prowiant.
  • No właśnie – woda. Na terenie parku nie znaleźliśmy żadnych, czynnych ujęć wody. Słyszeliśmy, że kiedyś było w okolicy naszego campingu, ale niestety my go nie znaleźliśmy. Najbliższe ujęcie było zaraz przy wjeździe do parku od strony Joshua Tree, gdzie można było za darmo napełnić wodą kanisterki.
  • Na terenie parku nie ma również żadnego miejsca, żeby wziąć prysznic. My akurat mieliśmy szczęście, bo użyczyliśmy naszego miejsca campingowego chłopakom z camperem, a oni w zamian użyczyli nam prysznica. Innym, niestety pozostaje tylko wzięcie prysznica na stacji benzynowej lub na siłowni lub basenie, które dostępne są w pobliskim Twentynine Palms. Lub życie bez.
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park
Joshua Tree Park

Posty powiązane

Zostaw komentarz

Privacy Preferences
When you visit our website, it may store information through your browser from specific services, usually in form of cookies. Here you can change your privacy preferences. Please note that blocking some types of cookies may impact your experience on our website and the services we offer.