Skip to main content Scroll Top

Kostaryka – motocyklami dookoła półwyspu Nicoya

Kostaryka była naszym przedostatnim krajem, który odwiedziliśmy podczas tego etapu naszej podróży dookoła Ameryk. Na pewno zabrakłoby nam już czasu, żeby zobaczyć wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć, dlatego musieliśmy się zdecydować tylko na fragmenty. Półwysep Nicoya był jednym z nich, gdzie chcieliśmy trochę odpocząć po ostatnich bardzo intensywnych tygodniach codziennej jazdy.

Zaskakujące oblicze Kostaryki – Playa Pochotes i Playa Rajada

Kiedy myśleliśmy o Kostaryce, przed oczami malowały się nam bujne, soczyście zielone lasy tropikalne ciągnące się od wybrzeża aż po górskie szczyty. Gdy jednak dotarliśmy do naszego pierwszego campingu tuż po przekroczeniu granicy, który okazał się prawdziwą zieloną oazą, i wyszliśmy na wybrzeże na Playa Pochotes, naszym oczom ukazał się krajobraz zupełnie inny od tego, który od dawna nosiliśmy w wyobraźni.

Wybrzeże Pacyfiku okazało się być całkowicie odmiennym światem. Tropikalny las, zrzucając większość liści, stracił swoją intensywną zieleń i odsłonił powyginane w fantazyjne kształty konary oraz srebrzyste pnie drzew. Tylko gdzieniegdzie, pośród nagich gałęzi, wyrastały pojedyncze korony drzew, które zachowały soczystą zieleń, kontrastując z krajobrazem. Ziemia, spękana i wysuszona przez palące słońce, przybierała barwę wypalonej gliny, a rozgrzane powietrze drżało od gorąca. Ocean, mieniący się niesamowicie głębokim błękitem, przy horyzoncie stawał się niemal granatowy, zlewając się z idealnie bezchmurnym niebem. Zupełnie nie tak wyobrażaliśmy sobie Kostarykę – a jednak i ta jej odsłona była niesamowita.

Jak później dowiedzieliśmy się od naszych znajomych z Liberii – Melvina i jego żony – ten fragment Kostaryki różni się wyraźnie od reszty kraju. Guanacaste to region bardzo suchy i bardzo słoneczny, gdzie dominują lasy suchego tropiku. A w porze suchej, właśnie wtedy gdy tam byliśmy, krajobraz Guanacaste nabrał jeszcze bardziej spalonego słońcem charakteru – odsłaniając surowe, niemal półpustynne oblicze regionu. Dopiero później wraz z dalszą podróżą na południe krajobraz zaczął się zmieniać – z każdym przejechanym kilometrem przybywało zieleni, a na horyzoncie coraz częściej pojawiały się palmy. Kostaryka zaczynała odsłaniać przed nami swoje bardziej zielone oblicze, ale póki co – cieszyliśmy się tym niezwykłym krajobrazem, który do złudzenia przypominał nam atmosferą początek naszej podróży przez Meksyk i wybrzeże Sonory.

To właśnie w okolicach Playa Rajada po raz ostatni mogliśmy nacieszyć się tym charakterystycznym, suchym obliczem Guanacaste. Niemal dziewiczą plażę, ukrytą nad zatoką Bahia Salinas, tuż przy granicy z Nikaraguą, otaczał ciemnobłękitny ocean, kontrastujący z wypalonymi słońcem wzgórzami i prawie białym piaskiem, razem tworząc niesamowity widok.

Ostional – tam, gdzie żółwie wracają na brzeg

Następnym miejscem, które mieliśmy na naszej mapie było Ostional, ale zanim tam pojechaliśmy, odwiedziliśmy naszych znajomych z Liberii, gdzie też miesiąc wcześniej, jeszcze będąc w Hondurasie przed przekroczeniem granicy z Nikaraguą, wysłaliśmy naszego drona. Niestety samo posiadanie drona w Nikaragui jest nielegalne i w zasadzie, jeśli zostanie on znaleziony w bagażu na granicy, to bez znajomości języka hiszpańskiego jest prawie pewne, że zostanie bezpowrotnie skonfiskowany. Spędziliśmy tam bardzo miły wieczór, a o poranku ponownie ruszyliśmy w drogę. W Belen skręciliśmy na trasę nr 155, prowadzącą w stronę wybrzeża. Dalej droga wiodła już przez niewielkie, spokojne miejscowości rozsiane wzdłuż wybrzeża, aż w końcu po kilku godzinach dotarliśmy do Ostional.

Na miejsce dotarliśmy dość późno. Słońce powoli zbliżało się już do linii horyzontu, a dzień nieuchronnie dobiegał końca. Zanim jednak zniknęło za oceanem, udało nam się uchwycić w obiektywie kilka tych magicznych chwil, gdy świat nabiera ciepłych odcieni złota i pomarańczu. Potem kolory zaczęły blednąć, niebo stopniowo ciemniało, ostatnie promienie słońca ustąpiły miejsca nadchodzącej nocy, a my już po ciemku zaczęliśmy rozkładać nasz namiot pod wysokimi kokosowymi palmami.

Zanim poszliśmy spać, poinformowano nas, a przynajmniej tyle z tego zrozumieliśmy, że plaża w nocy jest zamknięta dla turystów, a nocą odbywają się na niej jedynie wycieczki z certyfikowanymi przewodnikami. Do rana nie mogliśmy więc na nią wychodzić. Kiwnęliśmy głowami, że rozumiemy, i tak byliśmy już zbyt zmęczeni, by myśleć o czymkolwiek innym poza snem. Obudziliśmy się jak zawsze o świcie. Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły zaglądać do namiotu, w środku zrobiło się już nieznośnie gorąco i nie dało się już spać. Wzięliśmy aparat, drona i wyszliśmy na plażę, żeby nacieszyć się jeszcze chłodną, poranną bryzą znad oceanu. I wtedy zobaczyliśmy jeden z najpiękniejszych widoków tej podróży – coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy o tej porze roku.

Na mokrym piasku, tuż na lini przypływu, dostrzegliśmy poruszające się ciemne kształty. Początkowo zupełnie nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Kiedy jednak pojawiły się kolejne wyłaniające się z oceanu, nie mogliśmy znowu uwierzyć własnemu szczęściu. To były ogromne żółwie oliwkowe, które mozolnie i z pełną determinacją, powoli pełzły w górę plaży, żeby złożyć jaja. Jeszcze wczoraj byliśmy przekonani, że sezon lęgowy już dawno się skończył, a tutaj natura przygotowała taką niespodziankę. I chociaż liczba żółwi nie była tak oszałamiająca jak podczas największych migracji, to i tak widok tych kilkudziesięciu żółwic był dla nas niesamowity.

Arribada to wyjątkowe zjawisko przyrodnicze, podczas którego tysiące samic żółwi morskich jednocześnie wychodzą na tę samą plażę, aby złożyć jaja. Zjawisko to występuje tylko w kilku miejscach na świecie i jest szczególnie charakterystyczne dla żółwia oliwkowego. Jednym z najsłynniejszych miejsc, gdzie można obserwować arribady, jest Refugio Nacional de Vida Silvestre Ostional w Kostaryce.

Długo obserwowaliśmy jak kolejne samice wyłaniają się z fal, później kopią głębokie doły, w których składają jaja i wracają do oceanu, zostawiając po sobie tylko charakterystyczne ślady na mokrym piasku. W pewnym momencie zaraz obok nas pojawiła się grupa ludzi, którą widzieliśmy wcześniej już w oddali, a jeden z nich podszedł i przedstawił się jako strażnik rezerwatu Ostional. Bardzo uprzejmie wyjaśnił po angielsku, że nie powinno nas tutaj być. Tej nocy samice żółwi wychodziły na plażę, by złożyć jaja, dlatego teren pozostaje zamknięty dla ruchu turystycznego aż do godziny dziewiątej rano, a wstęp mają jedynie grupy z certyfikowanymi przewodnikami. Wyjaśniliśmy, że zostaliśmy poinformowani o zamknięciu plaży na noc, ale nie wiedzieliśmy, że zakaz obowiązuje on aż do dziewiątej, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – nie zrozumieliśmy wszystkiego, co próbował przekazać nam nasz gospodarz ubiegłego wieczoru. Strażnik uśmiechnął się i powiedział, że obserwował nas już chwilkę i widział, że traktujemy zwierzęta z szacunkiem, nie próbując ich dotykać i w żaden sposób przeszkadzać i w związku z tym możemy zostać na plaży, żeby porobić zdjęcia. Wracając już do naszego namiotu, jeszcze długo potem nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Taki widok w marcu należał do prawdziwych rzadkości i wiedzieliśmy już wtedy, że ten poranek pozostanie jednym z najpiękniejszych i najbardziej wyjątkowych wspomnień z całej podróży. I nie myliliśmy się.

Półwysep Nicoya – w poszukiwaniu Pura Vida

Później spakowaliśmy nasze motocykle i ruszyliśmy dalej. Nasza trasa ciągnęła się wzdłuż półwyspu Nikoya – przepięknego miejsca, które wciąż pozostaje w cieniu innych atrakcji Kostaryki. Nie było tutaj wulkanów, wodospadów, soczyście zielonych lasów i kolorowych, tropikalnych kwiatów, nie było masowej turystyki, luksusowych hoteli i kurortów.  Za to po raz pierwszy, i paradoksalnie po raz ostatni w całej Kostaryce, poczuliśmy, czym tak naprawdę jest pura vida. Nie jako dobrze sprzedający się slogan na koszulkach, ale jako sposób na życie. To tutaj widzieliśmy ludzi prawdziwie szczęśliwych, nie dlatego, że mieli wiele, ale dlatego, że potrafili się cieszyć tym, co mieli. Widzieliśmy ludzi uśmiechających się do nas szczerze z radością w oczach. Im dalej jechaliśmy na południe, być może przyroda była bardziej spektakularna i niesamowita, ale mieliśmy wrażenie, że wraz z rozwojem turystyki zniknęła ta piękna prostota i autentyczność.

Półwysep Nicoya był też miejscem, gdzie nie musieliśmy płacić za drogie wejściówki do parków narodowych, żeby zobaczyć dzikie zwierzęta. Tutaj tak jakby były one częścią krajobrazu i życia codziennego mieszkańców. Spotykaliśmy je wszędzie – przy drodze, w sadach mangowych, na plażach i koronach drzew otaczających malutkie wioski. O świcie budziły nas donośne odgłosy wyjców, które niosły się daleko nad lasem, w ciągu dnia zwinnie przeskakiwały pomiędzy drzewami, zrywając swoje ulubione przysmaki – dojrzałe owoce mango, a iguany i jaszczurki wygrzewały się na rozgrzanych słońcem kamieniach. Nikt nie traktował zwierząt jak atrakcji turystycznej, były elementem każdego dnia i większe zainteresowanie budziliśmy my na naszych obładowanych motocyklach, niż przelatujące właśnie nad głowami ary królewskie.

Playa Coyote

Okolice playa Coyote idealnie oddawały to, co wcześniej pisaliśmy o całym półwyspie Nicoya. Rozbiliśmy nasz namiot na kilka dni zaraz przy szerokiej plaży w cieniu młodych palm kokosowych, ciągnących się wzdłuż wybrzeża. Zaraz obok rosły dzikie drzewa mangowe, wśród których o poranku i wieczorami, skakały wyjce. Kawałek dalej była mała restauracja, gdzie mogliśmy zaopatrzyć się w pitną wodę, wziąć prysznic i naładować całą elektronikę – i nikt nie domagał się za to dodatkowych opłat. Poranki i wieczory spędzaliśmy na spacerach po plaży, w ciągu dnia wylegiwaliśmy się w cieniu palm, popijając orzeźwiającą wodę kokosową ze świeżo zebranych kokosów. Tak naprawdę nie było tutaj niczego, ale zarazem było wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Pura vida – to dosłownie “czyste życie”. Te dwa słowa odzwierciedlają filozofi wywodząca się z Kostaryki, opartą na radości z codzienności, wdzięczności, bliskości natury i pozytywnym podejściu do życia. Dla mieszkańców tego kraju „pura vida” to nie tylko popularne powiedzenie, ale także sposób patrzenia na świat – z uśmiechem, spokojem i dystansem do problemów.

Playa Blanca na Cabo Blanco

Z playa Coyote wyruszyliśmy do ostatniej miejscówki na półwyspie Nicoya – malowniczej playa Blanca. Ta spokojna, niemalże dziewicza plaża znajduje się tuż obok najstarszego rezerwatu przyrody w Kostaryce – Cabo Blanco Absolute Natural Reserve. To właśnie tutaj spędziliśmy ostatnią noc na półwyspie. Liczyliśmy, że uda nam się zobaczyć jedno z najbardziej niezwykłych zjawisk natury – bioluminescencję, czyli świecący nocą plankton. Niestety tym razem nie dopisało nam szczęście, ale i tak ten ostatni dzień na plaży był idealnym zamknięciem tego etapu podróży. Następnego dnia wyruszyliśmy już w stronę zielonych lasów Monteverde, gdzie czekała na nas nasza przyjaciółka, która miała towarzyszyć nam przez ostatnie dwa tygodnie naszej podróży.

Posty powiązane

Zostaw komentarz

Privacy Preferences
When you visit our website, it may store information through your browser from specific services, usually in form of cookies. Here you can change your privacy preferences. Please note that blocking some types of cookies may impact your experience on our website and the services we offer.