No i jesteśmy w Nevadzie – stanie, który kojarzy się głównie z lśniącym pośrodku surowej pustyni Mojave – Las Vegas. Oczywiście również i nas nie mogło tam zabraknąć, chociaż to nie samo “Miasto Grzechu” nas najbardziej zachwyciło. Zostańmy jednak przy nim jeszcze chwilkę, bo to właśnie tutaj zaczęliśmy naszą motocyklową podróż po Nevadzie.
Stolica rozrywki, której przedstawiać nie trzeba
Było już dość późno, słońce już dawno schowało się za horyzontem. Droga, jak to autostrada w Stanach Zjednoczonych, pomimo kilku pasów, była totalnie zakorkowana. Samochody stały, ludzie nerwowo na siebie trąbili, gdzieś w oddali słyszeliśmy syreny karetek. A my w tym całym ulicznym rozgardiaszu, próbowaliśmy przecisnąć się motocyklami do przodu, żeby wyminąć jak najwięcej samochodów. Staraliśmy skupiać się na drodze, ale zewsząd otaczały nas kolorowe światła neonów wysokich hoteli i kasyn, przyciągających wzrok jak magnes. Rozglądaliśmy się dookoła, na ile mogliśmy, i coraz trudniej było nam się oderwać od tej świetlistej feerii barw. Kasyna kusiły wygranymi, bilbordy niezapomnianą zabawą do samego rana. Gdzieś w oddali mignęła nam wieża Eiffla i złota fasada hotelu Bellagio – wiedzieliśmy, że to słynny Las Vegas Strip – bijące w rytm muzyki serce miasta – centrum luksusu i rozrywki dla tych najbardziej wymagających odwiedzających. My jechaliśmy dalej, nasz hotel był nieco na uboczu, bliżej innej atrakcji, z której Las Vegas słynie równie mocno, co z Las Vegas Strip.

A mowa o Fremont Street Experience – multimedialnej promenadzie, znajdującej się bliżej starego centrum Las Vegas – “old downtown”. Fremont już od samego progu bombarduje kolorowymi neonami i błyskającymi światłami. Ciężko skupić wzrok na jednym miejscu, bo już zaraz kolejne zaczyna nęcić swoimi jaskrawymi barwami, dźwiękiem wygranych monet, a panie i panowie z uśmiechami zapraszają, żeby wejść do środka, by odkryć magiczny świat ruletki, kart i jednorękich bandytów. My jednak idziemy dalej, z głowami zadartymi do góry, bo to właśnie na tunelowym sklepieniu promenady, odbywa się największy spektakl. Przed naszymi oczami malują się nieznane nam galaktyki i planety, startują rakiety i promy kosmiczne. Później cały sufit pokrywa się siatką geometrycznych kształtów, zmieniającą się co chwila jak w kalejdoskopie, żeby za chwilkę zatracić swoją ostrość i przekształcić się w fantazyjne fraktale. Kiedy pierwszy zachwyt minął, zaczęliśmy też dostrzegać, co dzieje się nieco niżej.

A działo się równie wiele i wcale nie ustępowało górze. Korowód turystów łączył się kolorowymi artystami, tancerzami, muzykami, przebierańcami, paniami i panami w skąpych strojach, a każdy z nich próbował zatrzymać nas na chwilkę, przyciągnąć wzrok i zainteresować. Część z nich była tutaj dla sztuki, chęci podzielenia się swoją twórczością, część dla zarobku. Całość, wraz z efektownym sklepieniem, tworzyło żywy, rozgrywający się na naszych oczach jeden, wielki performance, który trwa dopóki światła neonów nie zbladną w blasku poranka. Wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cała magia, czar i blichtr tego miejsca ulatuje, pozostawiając za sobą szare, brudne ulice pełne śmieci i bezdomnych – w większości tych, którym zabrakło szczęścia, kiedy stawiali cały swój majątek na jedną kartę.



Gdzie człowiek rzucił wyzwanie rzece Kolorado
W Las Vegas łatwo jest zapomnieć o istniejącym równolegle normalnym życiu. Złote fasady hoteli, kryształowe pałace, skrzące się z dala, niczym diamenty, szyldy kasyn, podświetlone fontanny, parki pełne rzeźb i sztuki, mamią nasz umysł i sprawiają, że momentalnie dajemy się ponieść tej magii. Wkraczamy do tego beztroskiego i fantazyjnego świata, w którym nie istnieją żadne problemy. Ale to tylko piękne oblicze tego miasta – dobra mina do złej gry. Dla Las Vegas, położonego pośrodku pustyni Mojave, to nie banknoty i złoto są najcenniejsze, a woda. A tej zaczyna powoli ubywać i sami zobaczyliśmy, jak bardzo, stojąc zszokowani na tamie Hoovera.




O tamie Hoovera pewnie wielu z Was słyszało. W swoich czasach była największą zaporą betonową na świecie, jak i największą elektrownią wodną, okrzykniętą ósmym cudem świata. Wybudowano ją w przeciągu pięciu lat na rzece Kolorado, na pograniczu dwóch stanów – Arizony i Nevady. Gdy rzeka Kolorado została zatamowana, rozpoczęło się powolne napełnianie jeziora Mead, które powstało na zalanych terenach. Proces ten trwał około 6 lat, a w tym czasie rzeka praktycznie przestała płynąć w swoim dolnym biegu. Jezioro Mead, mieści ponad 35 miliardów metrów sześciennych wody, a w elektrowniach wodnych zapory generuje się energię zaspokajającą potrzeby około dwóch milionów gospodarstw domowych, głównie z południowej Kalifornii, Arizony i Nevady oraz Los Angeles, a nawet części Meksyku. Nawet dzisiaj liczby te robią ogromne wrażenie.


Jednak jeszcze bardziej szokujący jest ubytek wody w jeziorze. W 2020 roku Mead osiągnęło zaledwie 35% swojej całkowitej pojemności. W 2021 roku rząd USA po raz pierwszy w historii ogłosił niedobór wody w rzece Kolorado. W 2023 roku poziom wody w jeziorze był najniższy od 30 lat. Naukowcy biją na alarm, już teraz wprowadzono restrykcje dotyczące używania wody, jak również wiele programów wspierających jej recykling, ale dopiero następne lata pokażą, czy te działania będą wystarczające.



Jezioro Mead – błękitne serce na pustyni
Po kilku dwóch dniach dość intensywnie spędzonych w Stolicy Grzechu, szybko zatęskniliśmy za naturą, dlatego z ulgą pożegnaliśmy zatłoczone Las Vegas i ruszyliśmy w stronę pobliskiego parku stanowego – Valley of Fire – Doliny Ognia, by znów złapać oddech i odpocząć na łonie natury. Mogliśmy pojechać najszybszą drogą i jeszcze tego samego dnia znaleźć się w Valley of Fire, ale zamiast tego wybraliśmy drugą opcję. Tę noc spędziliśmy na campingu nad jeziorem Mead, a następnego dnia ruszyliśmy, czarną wstęgą asfaltu malowniczej drogi 167. Z jednej strony otaczała nas oszałamiająca lazurowa toń jeziora Mead, a z drugiej zaś mijaliśmy pustynne połacie, ciągnące się daleko po horyzont, po spieczone słońcem góry. Po pewnym czasie błękit jeziora Mead zniknął za naszymi plecami, a my wyjechaliśmy w suchą krainę rdzawych wąwozów i wysokich skał.




Kraina ta nas tak oczarowała, że nawet nie spostrzegliśmy, kiedy słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, zalewając świat głębokimi odcieniami pomarańczu. Dla nas to znak, że czas rozpocząć nasz wieczorny rytuał. Najpierw znaleźliśmy nocleg, później jakiś sklepik, żeby zaopatrzyć się w produkty na kolację i zatankowaliśmy motocykle. Na samym końcu ruszyliśmy w stronę BLM nieopodal Doliny Ognia, gdzie postanowiliśmy spędzić noc, żeby o świcie ruszyć do parku. Dojechaliśmy na miejsce, kiedy na niebie tliła się jeszcze cieńka nić słońca, później szybko zgasła i pieczę nad niebiem przejęły miliony, skrzących się nad naszymi głowami, gwiazd.




Czerwone skały Valley of Fire
Park stanowy Valley of Fire to największy i najstarszy park stanowy w Nevadzie. Założono go już w 1935 roku, a jego nazwa oddaje w pełni to, co można zobaczyć na miejscu. Te spektakularne krajobrazy możemy dzisiaj podziwiać dzięki piaskowcom, które zaległy tutaj jeszcze w okresie jurajskim, ponad 150 milionów lat temu. Przez milenia procesy utleniania żelaza zawartego w skale, nadały im jaskrawy odcień karmazynu i cynobru.






Wjeżdzając do parku droga wiła się niczym rzeka pośród formacji skalnych, a każdy zakręt odsłaniał przed nami kolejne cuda. Po raz kolejny natura pokazała nam, że to na tworzy najpiękniejsze krajobrazy. Wiatr i woda wyrzeźbiły w czerwonych piaskowcach Valley of Fire niesamowite kształty i formy, podkreślając na każdym kroku potęgę upływającego czasu.






Dwa oblicza Valley of Fire – White Domes Loop i Fire Wave Trail
I choć obydwa te szlaki są bardzo blisko siebie, to pokazują jak bardzo różnorodna i zaskakująca jest Dolina Ognia. Są jak dwa głosy tej samej pieśni. Jeden jest spokojny, wyważony, otulający nas chłodem skał ukrytych w cieniu. Drugi jest energiczny, pełen życia, kolorami wybijający rytm na skałach. My naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od tego pierwszego, czyli White Domes Loop.




Drugim szlakiem był trochę dłuższy Fire Wave Trail, jeden z najbardziej znanych szlaków w całym Valley of Fire, dla którego przyjeżdża tutaj większość turystów. Słynie z falujących pasów czerwonego, różowego i białego piaskowca, przypominających do złudzenia zastygłą w bezruchu ognistą falę.




Ale to o zachodzie słońca dzieje się tutaj prawdziwa magia. Słońce powoli rozlewa się czerwienią po skałach, wydobywając z nich niesamowite odcienie cynobru. Niebo robi się coraz ciemniejsze, a ziemia płonie ognistym blakiem. A my? My staliśmy tam oniemiali, piękniejszego pożegnania dnia nie mogliśmy sobie wyobrazić.


*Obraz dla NASA Earth Observatory wykonał Lauren Dauphin (Lauren Dauphin, NASA, Landsat, US Geological Survey)




