Skip to main content Scroll Top

Nayarit, Jalisco, Colima – zielone serce Meksyku

Kiedy przekroczyliśmy granicę Sinaloi, wjechaliśmy w krainę bezkresnych plaż, tropikalnych lasów pachnących świeżością, lagun pełnych ptaków i miasteczek, w których czas płynął własnym, powolnym rytmem. Nayarit, Jalisco i później Colima oczarowały nas swoim autentycznym pięknem. I choć nie dane nam było spędzić tu tyle czasu, ile byśmy chcieli – bo tym razem Meksyk nie był głównym celem podróży – ten fragment trasy i tak zapisał się w pamięci jako jeden z najbardziej wyjątkowych.

Nie mieliśmy większego planu na ten odcinek naszej podróży. Miałam zaznaczonych na mapie kilka punktów, które chciałam zobaczyć. Z części miejsc musieliśmy zrezygnować ze względu na stan dróg, a właściwie brak możliwości do nich dojazdu. Na pewno, chcieliśmy jeszcze nacieszyć się słońcem, zanim znów wjedziemy w głąb Meksyku – dlatego pewnikiem było, że będziemy szlajać się gdzieś wzdłuż wybrzeża.

Nowy Rok na Playa Novillero

Namiot rozbiliśmy pod palmami tuż przy plaży, na terenie posesji miejscowego, który za drobną opłatą pozwolił nam zostać kilka dni. Piękniejszego miejsca na spędzenie ostatnich godzin roku chyba nie mogliśmy sobie wyobrazić. Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, plaża zdawała się odbijać całe niebo. Wilgotny piasek lśnił jak nieskazitelne lustro, zatrzymując w sobie każdy kolor gasnącego dnia – od złota po głęboki pomarańcz. Siedzieliśmy w milczeniu przed namiotem, obserwując, jak ostatnie światło roku powoli znika za horyzontem, jakby wraz z falami odchodził stary rok. Później, już w nocy, kilka rodzin rozpaliło na plaży ogniska, tylko czasami docierały do nas ich śmiechy i rozmowy, ale szum oceanu był tak głośny, że zagłuszał wszystko, co działo się dookoła. Gdy zegar wybił północ, nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było tłumów dookoła, hucznej muzyki i fajerwerków. Złożyliśmy sobie życzenia i położyliśmy się spać, szczęśliwi i wdzięczni za to, że możemy poznawać świat, oraz za kolejny rok przygód czekających gdzieś za horyzontem.

Playa Novillero to jedna z najbardziej niezwykłych plaż Meksyku. Leży w północnej części stanu Nayarit, w gminie Tecuala, i jest uznawana za najdłuższą plażę w kraju. Jej długość szacuje się na 80–90 km, co zapewniło jej miejsce w rekordach Guinnessa.

Sylwestrowa noc była naszą ostatnią na Playa Novillero. Po leniwym poranku spakowaliśmy motocykle i zaczęliśmy planować dalszą trasę w kierunku Puerto Vallarta. Nowy Rok przywitaliśmy więc dokładnie tak, jak lubimy najbardziej – odkrywając nowe dla nas trasy i miejsca.

Okolice Puerto Vallarta

Puerto Vallarta to jedno z najpopularniejszych nadmorskich miast na zachodnim wybrzeżu Meksyku. Otoczone górami Sierra Madre i wodami Pacyfiku, od lat przyciąga turystów z całego świata. Jeszcze podczas naszej pierwszej wizyty w USA, słyszeliśmy od naszych motocyklowych przyjaciół, że oddaliby wszystko, żeby ruszyć z nami do Puerto Vallarta. My jednak raczej unikamy dużych miejscowości, nie przepadamy za tłumami ludzi, wolimy bardziej autentyczne malutkie wioseczki, dlatego też trzymaliśmy się z dala od zatłoczonego centrum.

A okolice są przepiękne – miasto otacza gęsta, soczyście zielona dżungla Sierra Madre Occidental, która niemal schodzi wprost do oceanu. Jadąc asfaltową drogą na przedmieściach Puerto Vallarta, otaczała nas niesamowita przyroda, mijaliśmy ukryte w zieleni wodospady, a wszechobecna dżungla zdawała się pochłaniać wszystko wokół. W wielu miejscach gałęzie i pnącza niemal sięgały jezdni, tak jakby natura zupełnie nie przejmowała się obecnością człowieka.

Playa Tenacatita

Z Puerto Vallarta ruszyliśmy dalej na południe drogą wijącą się łagodnymi zakrętami wzdłuż wybrzeża. Raz prowadziła tuż nad brzegiem błękitnego oceanu, innym razem zagłębiała się w gęstą, tropikalną zieleń. Gdy słońce zaczęło powoli chylić się ku horyzontowi, znaleźliśmy na iOverlanderze miejsce na nocleg przy Playa Tenacatita. To właśnie tutaj dzień pożegnał nas jednym z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie mieliśmy okazję zobaczyć podczas całej naszej podróży. Niebo rozświetliło się odcieniami złota i pomarańczu, a ostatnie promienie słońca odbijały się w mokrym piasku plaży. Przez krótką chwilę cały świat zdawał się tonąć w jego ciepłym, złocistym blasku.

Z wizytą u motoctklowego księdza w Tequesquitlan

Do Tequesquitlan dotarliśmy akurat w czasie obchodów Święta Trzech Króli. Zupełnie tego nie planowaliśmy, ale nasz motocyklowy przyjaciel Octavio zdążył już wcześniej umówić nas ze swoim znajomym księdzem. O wszystkim dowiedzieliśmy się właściwie po fakcie, więc nie pozostało nam nic innego, jak zmienić plany. Jak się później okazało, była to jedna z tych nieoczekiwanych decyzji, które przynoszą najciekawsze podróżnicze doświadczenia i już na miejscu zrozumieliśmy, co Octavio miał na myśli pisząc do nas, że musimy tam być.

Tutaj wszystkie święta religijne, do czego zdążyliśmy już przywyknąć podczas pobytu w Meksyku, mają zupełnie inny charakter niż te, które znamy z Polski. Trudno doszukiwać się w nich podniosłej powagi i skupienia typowych dla europejskich uroczystości. Wiara jest obecna wszędzie, ale wyraża się poprzez radość, muzykę, wspólne świętowanie i bliskość ludzi. Dla Meksykanów Bóg nie jest surowym sędzią, a dobrym przyjacielem, który towarzyszy im na każdym etapie ich podróży przez życie. Sacrum i profanum nie są tu oddzielone grubą linią – przenikają się w naturalny sposób, tworząc niezwykłą atmosferę. Po raz pierwszy dostrzegliśmy to podczas obchodów Dia de Muertos w Oaxace. Teraz po raz kolejny obserwowaliśmy to samo w niewielkim Tequesquitlán, położonym gdzieś w górach Jalisco.

Kolorowe korowody tancerek ubranych w stroje nawiązujące do indiańskich tradycji przemierzały wąskie uliczki miasteczka. W rytm bębnów, grzechotek i dźwięków orkiestry wirowały wielobarwne spódnice. Kiedy ich melodia wybrzmiała, dalej szli mieszkańcy okolicznych wioseczek i przedstawiciele konkretnych profesji, dumnie prezentując przygotowane na te okazje ołtarze przedstawiających Jezusa, Maryję i Trzech Króli. Ulice były pełne mieszkańców, rodzin, przyjaciół, biegających dzieciaków, które ze radością witały wystrzeliwane wysoko w niebo fajerwerki. Ludzie witali się, przekrzykiwali, śmiali i wymieniali nowinami, a jednocześnie uczestniczyli w wydarzeniu o głębokim duchowym znaczeniu. Dla nas było to coś niezwykłego – religijność przeżywana bez dystansu i nadmiernej powagi, za to z ogromną radością i poczuciem wspólnoty. Tego właśnie najbardziej nie znamy z Polski.

A kiedy procesja dotarła już po zmroku do kościoła, nasz zaprzyjaźniony ksiądz – padre Rigo, przywitał wszystkich uczestników procesji i zaprosił równocześnie na dalsze świętowanie, bo jak się okazało – najlepsze atrakcje były jeszcze przed nami. Plac przed kościołem, jeszcze przed chwilą pusty i cichy, w kilka minut wypełnił się wesołym tłumem. W powietrzu unosił się zapach grillowanego jedzenia, smażonych przekąsek i słodkiej waty cukrowej, którą dzieciaki kupowały z zachwytem, ściskając kolorowe chmurki na patykach jak największe skarby. Stragany rozbłysły światłami, a muzyka znów zaczęła wypełniać przestrzeń między domami.

I tak powoli dochodzimy do kulminacyjnego punktu tego wieczoru – pokazu fajerwerków. Ale to nie był zwykły pokaz, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni – ogromne drewniane konstrukcje pluły żywym ogniem we wszystkich kierunkach, zamieniając noc w wir iskier, dymu i huków, które odbijały się echem między domami. W tym niekontrolowanym chaosie łatwo było o moment nieuwagi – i jeśli ktoś miał pecha, tak jak Szymek, mógł skończyć z przypaloną koszulką lub nadpalonymi butami.

Najwięcej emocji wzbudził jednak torito. Padre Rigo przyniósł lekką, bambusową konstrukcję przypominającą byka, obwieszoną ładunkami pirotechnicznymi i petardami, którą śmiałkowie zakładają na plecy i biegają z nią po placu wśród tłumu. Tego wieczoru, ponieważ byliśmy gośćmi specjalnymi padre Rigo, zaszczyt ten przypadł również Szymkowi. Założyli więc na niego konstrukcję, odpalono lonty i po chwili ruszył w tłum, lawirując między piszczącymi z ekscytacji dziećmi i rozbawionymi mieszkańcami. I na tę krótką chwilę, dopóki nie nie opadły wszystkie iskry, stał się częścią tradycji, którą tutaj jest tak pielęgnowana i do dzisiaj jednoczy wszystkich mieszkańców.

Kiedy już, siedząc na plebanii, ochłonęliśmy z pierwszych emocji, napisaliśmy do Oktavio wiadomość, że teraz rozumiemy, dlaczego tak bardzo namawiał nas na przyjazd do Tequesquitlan. To było dla nas doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym – jedno z najbardziej intensywnych i żywych, jakie do tej pory przeżyliśmy.

Na granicy z Gwatemalą

Pewnie zdziwiliście się, dlaczego nagle znaleźliśmy się na granicy z Gwatemalą. Nasza podróż przez Meksyk trwała przecież dalej, jednak jak okazało się dopiero teraz – straciliśmy sporą część materiału zdjęciowego. Do dziś nie wiemy, co dokładnie się stało. Przepadł niemal cały zapis naszej podróży od Jalisco aż po Nikaraguę. Zniknęły fotografie miejsc, ludzi i chwil, które chcieliśmy Wam pokazać. Ocalało jedynie kilka zdjęć z ostatniej plaży, na której spędziliśmy noc przed przekroczeniem granicy z Gwatemalą. To nieodżałowana dla nas strata, z drugiej strony podróże mają to do siebie, że nie wszystko udaje się zatrzymać na zdjęciach. Czasem pozostają tylko wspomnienia, rozmowy i emocje. A kto wie – może los da nam jeszcze szansę wrócić w te strony i ponownie odkryć miejsca, w których byliśmy kilka lat wcześniej?

Posty powiązane

Zostaw komentarz

Privacy Preferences
When you visit our website, it may store information through your browser from specific services, usually in form of cookies. Here you can change your privacy preferences. Please note that blocking some types of cookies may impact your experience on our website and the services we offer.